Złamać komuś życie…

Złamać komuś życie…

Złamać komuś życie

jest bardzo łatwo. Zależy na jaką osobę trafi bezmyślność i głupota… Historia, którą opisuję poniżej jest moja i jest jak najbardziej prawdziwa (nie do wiary). Oczywiście zdarzały się w Polsce podobne rzeczy. Historia jest przestrogą i jednocześnie nadzieją na późniejsze pozytywne zakończenie. Cały opis sytuacji powstał 14 czerwca pod wpływem silnych emocji, ale dopiero teraz go publikuję. Moja radca prawny nie pozwoliła mi wcześniej rozpowszechniać tej informacji. Być może niektórzy z Was drodzy czytelnicy pamiętają taką drobną informację ode mnie w czerwcu, że coś się wydarzyło, ale na razie nie mogę o tym mówić. Były nawet spekulacje, że jestem w ciąży… :). W każdym razie przez to, co się wydarzyło, zaniedbałam trochę mój blog, za co Was gorąco przepraszam.

Gotowi na moją historię?

To zaczynam.

“O artykule w Gazecie Krakowskiej opatrzonymi zdjęciami mojej rodziny dowiedział się mąż od swojej ciotki. Zadzwoniła do niego w sobotę, 11. czerwca 2016 roku koło godziny 10 i powiedziała: “Gdybym nie widziała Sylwii w ciąży, to pomyślałabym, że Wasze dzieci są adoptowane. Kup Krakowską.” Zapytała też czy udzielaliśmy jakiegoś wywiadu albo dawaliśmy komuś nasze zdjęcia do publikacji w gazecie. Oczywiście Tomek kupił gazetę, przeczytał, przyjechał do domu i rzucił ją we mnie ze słowami: “Patrz co narobiłaś”. Zerknęłam i w pierwszym momencie myślałam, że piszą o moim blogu, ponieważ zdjęcia zostały ściągnięte właśnie stamtąd.

Kiedy przeczytałam tytuł,

podpis pod zdjęciami, zamarłam. Nie przeczytałam całego artykułu, byłam “zmrożona”. Nie mogłam dojść do siebie. Dopiero po pół godziny wróciło mi trzeźwe myślenie. Próbowałam dodzwonić się do redakcji Gazety Krakowskiej, nikt nie odbierał. Zadzwoniłam więc do jedynego dziennikarza (z innej gazety), do którego mam numer prywatny. On gdzieś podzwonił i okazało się, że w Krakowskiej nikt nie zna autorki artykułu. Ciśnienie mi znowu skoczyło, zaczęłam szukać w internecie i jakież zaskoczenie: znalazłam, ale ten sam artykuł, opublikowany wcześniej w innych gazetach. Telefony zaczęły dzwonić. Ludzie pytali czemu ukrywam swoje prawdziwe nazwisko, czemu zmieniłam imiona dzieciom i mężowi! Większość znajomych wzięła ten artykuł na poważnie!!! Pomyślałam sobie, to wobec tego co z obcymi, albo takimi, którzy znają mnie tylko z widzenia, czy samego imienia. Wszyscy myślą, że ten artykuł jest o mojej rodzinie.

Czyli, że moje dzieci są adoptowane!!!

Szok dla otoczenia, ale jaki ogromny SZOK dla moich dzieci!!! Zaczęłam się panicznie bać o moją 11-letnią córkę, która była akurat wtedy sama na turnieju koszykówki. Jeżeli ona dowie się o artykule od obcych ludzi? Ktoś będzie miał gazetę i rozpozna ją na zdjęciu? Co może sobie pomyśleć? Jak będzie się czuła, jak koledzy będą jej dokuczali? Przecież dzieciom nikt nie wmówi: “gazeta kłamie”!!! I nie ważne, że trzykrotnie byłam w ciąży, trzy razy rodziłam i mam trójkę własnych dzieci. Przecież w gazecie napisali inaczej. Te dwa zdjęcia mojej rodziny w artykule o zupełnie innej osobie, a jak się później okazało

zupełnie wymyślonej historii,

zniszczyło mi wiele. 11 czerwca właśnie szykowaliśmy 7 urodziny mojego syna. Po wiadomości o artykule dopadła mnie zupełna niemoc, płakałam, moja mama ze mną, mój mąż się złościł. Nie potrafiłam wziąć się w garść. Wyrzucałam sobie, że pisząc bloga, skrzywdziłam swoją rodzinę. Czy to naprawdę moja wina? Urodziny były małą klapą. Nie zdążyliśmy przygotować kilku potraw… Najbardziej jednak cierpiał mój syn. Miał mieć cudowne urodziny… A jeszcze wieczorem musiałam przeprowadzić rozmowę z dziećmi, przygotować ich na to, co może ich czekać w poniedziałek w szkole. Pokazałam artykuł, ale najpierw zrobiłam długi wstęp – przypomniałam, że nie wszystko to, co piszą w gazetach lub pokazują w TV jest prawdą. Że mimo, iż od najmłodszych lat wpajamy im najważniejszą zasadę w domu, że NIGDY nie wolno kłamać, że najgorsza Prawda jest lepsza od Kłamstwa, to niestety jest wielu ludzi, którzy

wykorzystują innych i kłamią

nie zwracając uwagi na nic. I tak też stało się w naszym przypadku. Wtedy pokazałam im zdjęcia i artykuł. Najpierw nie zrozumiały. Wytłumaczyłam, że jest to artykuł o innej rodzinie, a ktoś ukradł nasze zdjęcia z mojego bloga i wrzucił do artykułu. Bartek od razu się rozpłakał i mówił, że na pewno jest adoptowany. Ola pytała, dlaczego i czy na pewno to, co tu piszą nie dotyczy naszej rodziny i czy rzeczywiście nie jest adoptowana. Bo ona pamięta przecież jak Mateusz się urodził i Bartuś, ale nie pamięta swoich najmłodszych lat. Musiałam pokazywać dzieciom zdjęcia jak byłam w ciąży i ich zaraz po urodzeniu. Powiedziałam też, że takich malutkich dzieci zaraz po urodzeniu nie da się dać obcej Pani, i że przecież karmiłam wszystkich piersią. To było dla nas wszystkich straszne. Mąż nie chciał uczestniczyć w tej rozmowie, bał się reakcji dzieci, nienawidzi jak one cierpią. Długo musiałam ich uspokajać i tłumaczyć, co było mocno utrudnione, ponieważ sama byłam wytrącona z równowagi. Tak niestety minął nam dzień, w którym świętować mięliśmy urodziny mojego syna. Bo przecież rodzina z Kielc, z Nowego Targu i Krakowa przyjechała…

W niedzielę, 12 czerwca,

przypadała nasza 12 rocznica ślubu. Niestety nie udało nam się posklejać tego, co dzień wcześniej się rozpadło. Żal, przygnębienie, smutek, a nawet przerażenie towarzyszyło nam w tym dniu. Mimo kwiatów i przyjaciół, którzy przyjechali do nas z Gliwic, nie potrafiliśmy świętować. Dodatkowo okazało się, że nasi sąsiedzi (19 rodzin na osiedlu) też już wiedzą. Są to wspaniali ludzie, świetnie się dogadujemy, nasze dzieci się bawią razem, a my pijemy kawę na swoich ogródkach, odwiedzając się wzajemnie, to… Przyszła do mnie sąsiadka koło południa, oddała talerzyk po cieście i wyjęła zza pleców znajomą gazetę. Powiedziała, że całe osiedle już huczy, a ona nie wnika, to przecież nasze sprawy… Ma trzy tygodnie starszego syna od mojego najmłodszego Mateusza, będąc w ciąży dużo czasu spędziłyśmy razem. Czyżby uwierzyła w to, co napisane w gazecie? Okazało się, że nie tylko ona. Większość sąsiadów uznała, że jestem bohaterką, która adoptowała dzieci, tylko czemu zmieniłam nazwisko i imiona dzieciom i mężowi?

Kolejna sprawa… 19 maja br. miałam operację przeszczepu więzadeł krzyżowych w kolanie. Jestem cały czas pod kontrolą lekarzy, rehabilitantów, ćwiczę w domu i od poniedziałku, 13 czerwca rozpoczęłam rehabilitację. Nie dość, że po weekendzie moja noga spuchła jak bania, bo nie ukrywam, że nie uważałam na nią i nie ćwiczyłam, to jeszcze zmuszona byłam w poniedziałek wsiąść w samochód po raz pierwszy od operacji i jechać zasięgnąć porady prawnej, a to dodatkowe koszty oraz ogromny wysiłek fizyczny dla mojej chorej nogi. W związku z tym, że jestem cały czas w ortezie, a w stawie kolanowym mocno boli, rzeczywiście nie lada wysiłek dla mnie. Dzisiaj też musiałam jechać, żeby zawieźć pełnomocnictwa. Wszystko odbywa się ze szkodą dla mojego zdrowia fizycznego i psychicznego.

Mój mąż.

Był na mnie bardzo zły na początku (w sobotę, po publikacji artykułu), obwiniał mnie, że przez blog, niszczę wizerunek całej rodziny. Ma rację artykuł nam to zagwarantował. Teraz Tomek mnie wspiera. Opowiada o dziwnych szeptach i spojrzeniach, zaczepkach na osiedlu i w pracy (pracuje w szkole i na boisku Orlik). Przecież jeśli nasi najbliżsi w ten artykuł uwierzyli, to jak mają reagować ludzie, którzy znają nas tylko z widzenia?

Ja, Sylwia Jurkiewicz-Kosińska, od lat buduję swój wizerunek. Całe życie pomagałam innym, począwszy od podstawówki, przez liceum, studia i pracę zawodową. Zawsze byłam pomocna i prawdomówna. Nigdy niczego nie ukrywałam. W 2015 roku założyłam blog, który pomaga ludziom oszczędzać, wspiera ich, pokazuje jak można zrobić coś tam, gdzie wydaje się, że nie można. Chciałam być wiarygodna, pokazałam siebie, swoją rodzinę, opisałam ostatnią ciążę. I CO? Okazuje się, że jestem kłamczuchą. BO przecież w artykule napisali, że nie mogę mieć dzieci i je adoptowałam. To znaczy, że kłamię w każdej dziedzinie. Złamano mi wizerunek, nadszarpnięto zaufanie, którym obdarzyło mnie ponad 9 tysięcy ludzi, należących do mojej grupy na FB, codziennie czytających moje wpisy.”

Czemu dopiero teraz o tym piszę?

Ponieważ dopiero teraz doszło do ugody (2 grudnia), a dzisiaj otrzymałam zadośćuczynienie. Pojawiły się także przeprosiny na portalach oraz sprostowanie w Gazecie Krakowskiej. Bardzo pomogła mi koleżanka i jednocześnie wspaniała Radca Prawny Ewa Miszczyk – Wróbel razem z jej wspólniczką Radcą Prawnym Ewą Buchowiecką. Dlatego jeśli przydarzy Wam się coś złego, nie poddawajcie się. Złamać komuś życie jest bardzo łatwo. Ale Wy nie dajcie sobie tego zrobić!!! Walczcie o swoje :).

 

wielkopolski              thetimes

 

krakowska            sprosto