Jak moja rodzina ze zwykłej stała się wielodzietną?

Jak moja rodzina ze zwykłej stała się wielodzietną?

Dawno, dawno temu…

byłam znaną w środowisku działaczką na rzecz osób niepełnosprawnych, olimpiad specjalnych oraz propagatorką nowego sportu jakim jest speed badminton. Działałam w kilku stowarzyszeniach. Pisałam mnóstwo projektów i „przyprowadzałam” pieniądze unijne dla moich podopiecznych. W końcu oprócz mojej budżetowej pracy, zostałam także „biznes women”. Pędziłam, pędziłam… W lutym 2014 roku poprosiłam męża i moich rodziców o wyrozumiałość i pomoc. W jakim celu? W celu rozwoju mojej kariery. Właśnie wtedy mocno rozwijałam swoją machinę, byłam ostro zaangażowana. Odnosiłam tak naprawdę swoje pierwsze ważne biznesowo sukcesy. Założyłam spółkę. Umówiliśmy się na dwa lata. Dwa lata moich wieczornych powrotów do domu (może bardziej nocnych), czyli weekendowa mamusia i to nie zawsze. Miałam pracę na etacie. Nauczycielka wychowania fizycznego w szkole dla dzieci i młodzieży niepełnosprawnej intelektualnie. Oprócz tego spółka i biznes, który zaczynał dobrze prosperować. Miałam dwójkę dzieci (9,5 i 5 lat), męża i całkiem poukładane życie. Właśnie przeprowadziliśmy się z Krakowa na wieś do trzypokojowego mieszkania z ogródkiem i błogim spokojem, który doceniam dopiero teraz. Zapowiadała się ostra praca przez najbliższe dwa lata. Bez wakacji, bez wytchnienia. Byłam na to gotowa i chciałam tego mocno. I ten widoczny cel, który znacznie się przybliżał. Wydawało mi się, że to pełnia szczęścia. Jejku!!! Jak to było dawno temu. Prawie wieki.

Aż tu nagle… Trach, bach, brzdęk… wszystko nagle się rozbija…

28 marca 2014 roku byłam prelegentką na jednym ze szkoleń w mojej firmie. W przerwie rozmawiałam z innymi kobietami i od słowa do słowa rozmowa zeszła na tematy ginekologiczne. Dziewczyny mocno mnie zganiły, że tak długo (prawie 4 lata) nie odwiedziłam tego lekarza, więc już w poniedziałek znalazłam pierwszego lepszego (bo dowiedziałam się z Internetu, że mój ukochany dr nie żyje) i udałam się do niego. Poprosiłam go, żeby zrobił mi usg. Może przemilczę jego nazwisko, dla niego będzie tak lepiej. Po pierwsze nic mi nie mówił, po drugie na moje pytania wcale nie odpowiadał. Na koniec powiedział, że on coś tam widzi i chyba jest to mięśniak i żeby się nie przejmować. Wziął 120 złotych… i jeszcze wyszedł za mną na korytarz i mówi: „niech Pani zrobi sobie poziom HCG, bo to może być ciąża pozamaciczna, do widzenia”. Zostawił mnie zdębiałą. Badania zrobiłam sobie dopiero w piątek rano (przecież nie mogłam zostawić którejś z moich prac). W tym samym dniu sprawdziłam wyniki: … bardzo mocno podwyższony. Ciążę wykluczyłam, ciąża pozamaciczna – ale skąd niby? Kochany wujek Google podpowiedział mi, że jeśli to nie ciąża, to może być rak. Super. Przez weekend wariowałam. Znajoma położna kazała mi powtórzyć badanie w poniedziałek. Tym razem od razu je zrobiłam. Poziom HCG bardzo mocno się podniósł. We wtorek znalazłam się u świetnego ginekologa i najlepszego ultrasonografisty dr. Marcina Wiecheć. Oświadczył mi z uśmiechem, że jestem w szóstym tygodniu ciąży.

NORMALNEJ CIĄŻY!!!

Ani przez chwilę nie spodziewałam się takiego zakończenia. Wcale nie pasowało to do mojego poukładanego życia!!! Trzecie dziecko? Jak? Gdzie? Mój mąż obraził się na mnie. No rzeczywiście jak można spodziewać się, że zajdzie się w ciążę w 32 dniu cyklu? Szok, niedowierzanie. „Niepokalane poczęcie”, jak ogłosiła moja przyjaciółka, „ma na celu posadzenie Cię na dupie”. W końcu przyjęłam do wiadomości, oswajałam się. Stwierdziłam, że jak pójdę na L4 w budżetówce, to przynajmniej zajmę się swoją firmą. Jednak nic nie chciało iść po mojej myśli. Od ósmego tygodnia zaczęły się bardzo nieprzyjemne dolegliwości. Czułam się cały czas jakbym miała grypę żołądkową. Leżałam w łóżku i zrywałam się tylko po to, żeby porozmawiać z sedesem. I tak do szóstego miesiąca. Cały czas byłam słaba, mały też trochę za mały. Oczywiście byłam na zwolnieniu, a moją działalność zawiesiłam. Leżałam w domu, na zmianę z wizytami w szpitalu… Aż nadszedł ten dzień, ze sporym opóźnieniem (bardzo ciężko było określić termin porodu). 11 grudnia o godzinie 15.30, po 15-tu godzinach (z czego 5 ostatnich długo zapamiętam)

przyszedł na świat mój wspaniały synek.

Już od dawna kochałam go nad życie. Oczywiście jak dawał mi tak popalić w brzuchu, to straszyłam go, że na zewnątrz się policzymy . Martwiłam się tylko jak przyjmą nowego członka w rodzinie dzieci. Moje obawy były uzasadnione, ponieważ Ola wariowała, gdy urodził się mój starszy syn Bartuś. Krzyczała, że już jej nie kocham, że zamieniłam sobie dziecko, itd. To był naprawdę koszmar. Tym razem stało się inaczej. Oboje zaakceptowali Mateuszka i pokochali. Mój mąż też zwariował na jego punkcie, tym bardziej, że wszyscy mówią: „Najmłodszy to cały Tatuś”.

I tak oto staliśmy się rodziną wielodzietną.

W czasie ciąży usłyszałam kilka razy, że trzecie dziecko to patologia. Do wiadomości tych osób: ta patologia jest cudowna. Jestem przeszczęśliwa, zachwycona. Mam cudowne dzieciaki. Moja spółka się rozpadła, firma przestała funkcjonować. Ale mam sporo nowych pomysłów, które czerpię z życia i powoli zaczynam realizować. Nie powoli, bardzo powoli. To nic. Mam czas. I nigdy nie żałowałam tego, że pojawił się piąty członek naszej rodziny. Zaczęły się nowe problemy, owszem. Dla mnie każdy problem, to nowe wyzwanie. Trzeba szukać nowych rozwiązać i patrzeć z optymizmem na życie. Biorę to, co otrzymuję i powalczę też o więcej.

„Prosiłem o wszystko by cieszyć się życiem; dostałem życie, by cieszyć się wszystkim…”